czwartek, 30 sierpnia 2018

Perrota daje radę w "Pani Flecher"


Perrota  - ten pisarz dotąd był mi nieznany. Z okładki książki „Pani Flecher” dowiedziałam się, że jego książki były ekranizowane, a na kanwie dzieła które czytam powstanie serial HBO. Z tego co wiem seriale HBO mają wysoką rangę więc byłam ciekawa zawartości tej historii.  Czytając zapowiedź tej książki nie sądziłam , że tak mnie się spodoba. 

Matka zostaje sama, gdy Brendan syn opuszcza domowe gniazdko. Początkowo nie ma ona co ze sobą zrobić Inie może znaleźć dla siebie miejsca w opuszczonym domu, ale szybko zapisuje się na kurs gender studies i zawiera wiele interesujących znajomości. Poza tym uwielbia swoją pracę i nie zamieniła by jej na żadną inną, choć w jej pracy zdarzają się trudne momenty. Pracuje w ośrodku dla ludzi starszych. Wiadomo z wiekiem wady się wyolbrzymiają. Ta opowieść jest o szeroko pojętej seksualności o odkrywaniu jej na nowo, o złym jej pojmowaniu i braku dla niej należytego szacunku. Pani Flecher ma za sobą rozwód i brak powodzenia na gruncie seksualnym. Czy to się kiedyś zmieni. Czy jej syn dorośnie i przestanie traktować dziewczyny jak zabawki seksualne? Czy nowy skrywany nałóg matki czyli oglądanie filmów porno kiedyś jej przejdzie. Nieoczywista historia i intrygujące zakończenie tego możecie być pewni. Świetny styl i wartka historia.

Niemieckie zło


Powiecie po co nam to liczenie krzywd? Przecież to było lata temu, a teraz mamy wolność. Niemcy są inne, tolerancyjne  i demokratyczne. Po co grzebać w historii i rozdrapywać dawne rany, czy bolączki? To jest właśnie zadanie historyka by przypominać, a my nie musimy tego czytać, to jest nasz własny i osobisty wybór. 

W książce "Bilans krzywd" mamy dokumentację zniszczeń i kulturalnych i personalnych. Wywózki ludzi do obozów pracy, wypędzenia z domów, pokazowe  zabijanie cywilów. Ciężko i z bólem serca czytało mi się  o zbrodniach nas zwykłych obywatelach. Natomiast najbardziej spodobał mnie się rozdział o zniszczeniach kultury. Nasze narodowe dziedzictwo zostało zniszczone i rozgrabione. Autor dokonuje jakichś szacunków, ale jak sam twierdzi nie są to pełne dane. Nie wszystkie zbiory były skatalogowane i opisane.

 Niemcy niszczyli nas od środka. Czy faktycznie powinni wynagrodzić nam te krzywdy. Moim zdaniem powinni nam oddać zagrabione książki i  inne przedmioty kultury, bo to nasz dziedzictwo. Niestety nikt się do tego nie poczuwa, a z gubione dzieła trudno odnaleźć. Niemcy niszczyli też nasz przemysł. Chcieli doprowadzić nasz kraj do ruiny. Takie są karty historii. Ich nieludzkość i bezwzględność w czasie wojny była ogromna. Może dobrze, ze autor o tym przypomina. Mówi się że to co było kiedyś powinno się zapomnieć, ale historii nie da się wymazać ona wyznacza bieg wydarzeń. Jakim bylibyśmy narodem bez hitlerowskiej inwazji? Tego się nie dowiemy.

Wołyńska rzeź


Dziewczyny z Wołynia” to poruszająca historia. Mamy w niej opowieści prawdziwe 9 kobiet, które przeżyły masakrę – rzeź wołyńską. Wojna nie oszczędza nikogo, ale brutalność tego aktu przemocy powinna być przypominana, by nie doszło do ponownego podobnego aktu w przyszłości. Ważny był  film o Wołyniu i tej masakrze zdaniem bohaterek,  który zrealizował  reżyser Wojciech Smarzowski

UPA atakowała nawet ludzi na nabożeństwie w kościele i nie oszczędzała nikogo czy to był ksiądz czy dziecko. Zlikwidować miała wszystkich. Palono całe wsie, matki zabijano na oczach dzieci. UPA nie miała sumienia i człowiek był dla nich nikim, oczywiście Polak. Swoich – Ukraińców puszczała wolno. Sami Ukraińcy kłamali Polakom, że z ich strony nic Polaków złego nie spotka mimo że wiedzieli o innych rzeziach. 

Ocalone bohaterki książki miały dużo szczęścia. Cudem przeżyły i przekazują swoje świadectwo autorce książki. Potraciły rodziny, a jedna z nich znalazła się w domu dziecka. Wcześniej się tułała po różnych miejscach. Mimo tego, co przeszły miały wolę i siłę by żyć dalej. Ale rzeź prześladowała je w snach. Tych brutalnych scen nigdy nie zapomną. Są w nich żywe jakby to zdarzyło się wczoraj. Założyły rodziny, mają wnuki. Uważam, że ta opowieść daje nadzieję. By mimo trudnych traumatycznych przeżyć żyć godnie i być dobrym człowiekiem. Te kobiety miały siłę by żyć pomimo tego co widziały, cudem ocalone z wolą życia. To trudne zawiłe historie, ale warte upamiętnienia. Pamiętajmy o tych ludziach, ocalonych i tych wydarzeniach.

AK -Bandyci?


Sam tytuł tej książki jest kontrowersyjny. Bandyci w AK. Przecież ona składała się z samych bohaterów, patriotów. Sam podtytuł reportażu brzmi - ile jest prawdy w czarnej legendzie polskiego podziemia. Okazuje się, że faktycznie na początku w AK byli patrioci, ale później gdy ta organizacja znacząco powiększyła swoje szeregi to wszystko wymknęło się spod kontroli. I pojawiły się w tym stadzie czarne owce. Osoby, które nigdy nie powinny tam trafić ze względu na brak choćby kręgosłupa moralnego. Wojna ujawnia w człowieku co najgorsze i organizmy, które nie cechowały się skłonnością do bandytyzmu zaczynają przejawiać zachowania patologiczne. 

W czasie Powstania Warszawskiego było wiele rabunków, a dokonywali ich żołnierze AK. Wykorzystywali dogodny czas do swoich działań. Kradzież nie jest tak wielkim przestępstwem jak zabijanie ludzi. A tego haniebnego czynu dokonywali także Akowcy. Zabijali powołując się na rozkazy z góry Żydów, choćby działających w Ministerstwie Propagandy czy doktora w ich szeregach. Zabijali Żydów ze swoich szeregów. Lekarz sprawdzał czy żołnierze z  kompanii nie są przypadkiem Żydami.

 To nie jest tak, że autor chce nam ukazać w tej historii jak AK było złe. Nie, on chce tylko odczarować mit tej organizacji. Świat nie jest czarno –biały i są w nim różne odcienie szarości. Nie można powiedzieć, że część żołnierzy była z gruntu zła. Owszem byli zdemoralizowani, ale czy źli? Samo AK pozbywało się czarnych owiec. Niestety wszystkich nie dało się złapać, część lawirowała.

wtorek, 17 lipca 2018

To nie jest lekka podróż





To nie jest lekki reportaż mimo jego maleńkich rozmiarów. Jest to niesłychanie refleksyjna relacja z nie byle jakiej podróży. Podróży śladami Ernesta Shackleton'a, który wyruszył w podróż do Antarktydy. Mateusz Janiszewski postanowił wyruszyć w tę  niesamowitą żaglugę. Nie będzie to łatwa wyprawa, pełna niespodzianek i zmagania człowieka z naturą. Jak wiadomo natura jest nieprzewidywalna.

 Wyprawa przez skrajnie różne obszary choćby gorącego Buenos Aires czy pustyni. Właśnie w Buenos Aires były resztki po bogactwie miasta w postaci domu handlowego stworzonego na wzór Harrodsa. Te jego resztki stanowią symbol dawnej świetności miasta i prosperity. Argentyna ma świetność za sobą , jestem ciekawa kiedy podniesie się z tego upadku. 

Poza skrajnościami natury ta wyprawa jest bardzo wyczerpująca psychicznie i fizycznie. Każdy z uczestników wyprawy musi pokonywać własne bariery, słabości. Ta podróż zahartuje jej bohaterów. 
Sam tytuł ortodroma oznacza najmniejszą drogę między dwoma punktami na powierzchni kuli ziemskiej. Dla mnie najbardziej dramatyczny był fragment tej historii o drodze do pokonania, gdy jacht, którym płynęli nie wytrzymał boju z naturą. Woda gwałtownie wdzierała się do środka. W każdej chwili jacht mógł się złamać jak zapałka. Z naturą nie wygrasz. Ta historia podróżniczo - filozoficzna uczy nas pokory i szacunku do natury.